Kenzo Amour

Miłość. Uczucie, które jak żadne inne sprzedaje się w książkach, filmach i utworach muzycznych. Kiedy autor nie ma nic ciekawego do powiedzenia, w głowie nie tli się żadna odkrywcza myśl ani nowatorskie przesłanie dla świata, wtedy postanawia stworzyć dzieło o miłości. Dlaczego by zatem i perfum nie nazwać po prostu...miłość? AMOUR! Cóż za wymyślna nazwa, prawda? Nasuwa się jednak pytanie - jak miałyby te miłosne perfumy pachnieć? Skoro nazwę mają tak oryginalną, to pewnie skrywać się za nią musi coś nadzwyczajnego... Czytam skład i co widzę? Wanilię! Muśniętą piżmem, wplecioną w nuty drzewne. Taki miks z pewnością spodoba się przynajmniej co drugiej kobiecie. 





Hola, hola! Nie zapędzajmy się jednak w aż taki sarkazm, gdyż zapach okazuje się być...ciekawy. Ciepły, miękki i puszysty. Nieśmiało przyznaję, że mi się podoba. Czyżbym dała się wkręcić w tę marketingowa pułapkę? Zastanawiam się nad tym przez chwilę i dochodzę do wniosku, że chyba jednak nie. Obojętnie jakby się ta kompozycja nie nazywała i jak prosto nie byłaby zbudowana, udało jej się mnie uwieść. Bo jest w moim stylu. Bo jest słodka, ale nie ulepna. Bo - przede wszystkim, powoduje, że się uśmiecham. Fantastycznie poprawia mi humor.

Pierwszy akord to kremowa, puszysta śmietanka spijana z caffe latte. Tę słodką nutę podbija gałka lodów waniliowych wrzuconych w parujący napój. Wyczuwam także posmak jakiegoś syropu amaretto, którym obficie polano ten smakowity koktajl. 

Mocne, waniliowe niuanse przeplatają się tutaj z aromatem kawowym oraz delikatnie ostrzejszym, alkoholowym, tworząc bardzo milutki, mięciutki, niezobowiązujący oraz słodziuchny zapach.



I pozostaje tylko jedno pytanie - gdzie ta miłość? Bo jak na mój nos Kenzo Amour zupełnie nie nawiązuje ani do zmysłowej namiętności ani subtelnego romantyzmu. Jego puszystość oraz ciepło wizualizują w mojej głowie upojne chwile relaksu, spędzone we własnym towarzystwie - prawie czuję na sobie ciepło kocyka, widzę miękkie światło świec wirujące na ścianie, czuję aromatyczną kawę oraz ciężar książki. I może teraz, gdy od dwóch tygodni żar leje się z nieba i jedyne o czym każdy z nas marzy to odrobina chłodu, zapach Kenzo nie byłby najlepszym wyborem, to jednak już za dwa miesiące może okazać się tym, dzięki któremu łatwiej będzie przetrwać coraz krótsze i chłodniejsze dni....



7 komentarzy :

  1. Każdy tłumaczy miłość na swój sposób ;) Nazwa bardzo mi się podoba ze względu na mą romantyczną duszę ;) Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też bywam romantyczna :) Jednak przesyt tej wszędobylskiej miłości trochę mnie męczy i stąd moja ironia :) A jak sam zapach - w twoim typie czy niekoniecznie?

      Usuń
  2. Ugh, ja na Kenzo mam alergię :< Większość zapachów przyprawia mnie o ból głowy :<

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nie znoszę tylko Flower by Kenzo - reszta jest według mnie dość oryginalna i całkiem przyjemna :)

      Usuń
  3. Amour to taki przyjemny zapaszek, pamiętam go sprzed lat:)
    Anka

    OdpowiedzUsuń
  4. Używałam tych perfum na studiach, w sumie koło trzech flakonów zużyłam. Nadal bardzo mi się podobają i nie wykluczam że do nich wrócę. Mnie się one kojarzą z orientalną podróżą, może na końcu tej podróży jest miłość, kto wie.. Ale nie miłość w rozumieniu romantycznym, ale umiłowanie życia :)

    OdpowiedzUsuń